blog music artwork youtube channel contact
kategorie aktywność fizyczna
filozofia i nauka
informatyka
sztuka i twórczość
wszystkie wpisy
linki wpisy w rss
komentarze w rss
wirtualna biblioteka zajawki droga
aikido
ostre koło



tagi

Przemyślenia na temat funkcji religijności

     Wszyscy uważamy naszą świadomość za szczytowe osiągnięcie ewolucji – granicę oddzielającą nas od świata zwierząt. Samoświadomość człowieka nie jest jednak aż tak perfekcyjnym mechanizmem i co więcej – świadomie jesteśmy w stanie zrobić naprawdę niewiele i rzadko kiedy zdajemy sobie z tego sprawę.

W czasie kiedy na przykład prowadzimy rozmowę, nasza świadomość jest bardzo ograniczona. Nie kontrolujemy bezpośrednio ciśnienia wydychanego powietrza, drżenia strun głosowych, czy nawet myśli dzięki którym artykułowane są przez nas słowa. Ograniczenie świadomości można sprawdzić na sobie także nie ruszając się sprzed komputera. Spróbuj prawą nogą zataczać okręgi w lewo, lewą nogą machać w przód i w tył, prawą ręką zataczać okręgi w prawo, lewą ręką dotykać na przemian nosa i ust i jednocześnie recytować jakiś prosty wierszyk z elemetarza. Sprawia to nie lada trudność, a przecież to tylko niewielka ilość zadań jakie musi wykonywać nasz organizm nieustannie. W tym samym czasie serce pompuje krew, a płuca pobierają odpowiednią ilość powietrza potrzebną do napędzania mięśni. Każdy narząd zmysłu odbiera także informacje z otoczenia – miliony neuronów przesyłają impulsy elektryczne do mózgu. Żołądek trawi zjedzony przed chwilą obiad, a włosy i paznokcie rosną w niezauważalnym dla nas tempie. Tylko skrawek tych procesów podlega świadomej kontroli. Skrawek tak mały, że według mnie nasz zachwyt nad świadomością jest grubo przesadzony.

     Wszyscy przyzwyczailiśmy się do swoich myśli. Na ich podstawie dokonujemy wyborów w życiu, dostosowujemy swoje zachowanie i komunikujemy się z innymi ludźmi. Skąd jednak biorą się nasze myśli? Nie są one przecież produkowane świadomie, choć świadomie możemy im ulec lub je zanegować. Ciężko nam zapanować nad emocjami takimi jak strach, smutek czy radość. Są one skutkiem pewnych danych płynących z otoczenia oraz ich analizy. Nie możemy nagle przestać się bać czy momentalnie zabić w sobie smutku spowodowanego utratą bliskiej osoby. Poza „ja” świadomym, występuje jeszcze jakieś ”ja” nieświadome, które wydaje polecenia pozwalające na szybką reakcję. W niektórych przypadkach jesteśmy w stanie przechodzić z automatycznego mechanizmu kontroli na manualny. Na przykład idąc ulicą nie zastanawiamy się nad stawianymi krokami – nasz organizm potrafi sam utrzymać jednostajne tempo i rytm. Gdy jednak skupimy się nad układem nóg próbując świadomie utrzymywać równe kroki, uzyskamy efekt zupełnie przeciwny.

     Jak się ma jednak to wszystko do wiary w bóstwa, która towarzyszyła mu praktycznie od zawsze na przestrzeni wieków? Otóż moją propozycją jest, iż wiara w wyższą moc to nic innego jak jeden z najbardziej pierwotnych mechanizmów samokontroli, który mógł znacząco przyczynić się do rozwinięcia świadomości. „Ja” nieświadome zwać by można Bogiem, na które „ja” świadome stara się wpływać. Postać Boga służyła ludzkości zawsze pogłębieniu wiary we własne możliwości i pomyślność. Wiązały się z nią liczne rytuały, które wprowadzały umysł w specyficzny stan transu. Każdy z nas zdaje sobie sprawę z tego czym jest uczucie religijności, nawet jeśli jest ateistą. Stan taki jak formą autoafirmacji, w której nie koniecznie zanosimy swoje prośby do istoty żyjącej gdzieś na zewnątrz, a przede wszystkim wpływamy na nieświadome procesy zachodzące w naszym umyśle. Starożytne cywilizacje prowadziły liczne wojny, w których wojownicy walczyli pomiędzy sobą na krótki dystans z użyciem prymitywnej broni. Taka walka wymaga wielkiej odwagi, bo bardzo łatwo było ponieść śmierć. Odwagę wzmacniało jednak poczucie, iż bogowie sprzyjają zwycięstwu. Wystarczyło im przeznaczyć coś w ofierze i liczyć na ich pomoc. Tak na prawdę ofiara ta i modlitwy nie służyły jednak bogom, a wojownikom którzy na polu bitwy zamieniali się w maszyny do zabijania, dzięki czemu mogli zapewnić bezpieczeństwo i dostatek swoim rodzinom. Nie jest łatwo przełamać strach – nie wystarczy powiedzieć sobie „nie boję się”. Trzeba w to naprawdę głęboko uwierzyć, a do takiej wiary potrzeba specjalnych metod i środków. Nie trzeba jednak sięgać aż tak daleko w czasie. Nawet dziś wielu ludzi modli się o pomyślność. Pomyślność zawsze zależy jednak od wielu czynników. Jeśli chcesz zająć dobre miejsce w biegu – musisz być szybszy i wytrzymalszy. Jeśli chcesz chcesz zdać egzamin – musisz poprawić swoją pamięć. Jeśli chcesz rozkręcić dobrze prosperujący biznes – musisz potrafić przewidywać. Tych umiejętności nie sprowadzi na Ciebie boska moc, bo mielibyśmy na świecie zalew ludzi idealnych. Nie pojawią się one także spontanicznie. Do wszystkiego potrzebna jest przede wszystkim motywacja, cierpliwość oraz wiara w możliwość uzyskania pozytywnych rezultatów.

Czy jednak głęboka wiara w cuda może coś zmienić? Według mnie tak. Jest to bowiem pewna forma psychomanipulacji – oszukiwania własnego umysłu tak, aby zgodził się poświęcić swoje zasoby celem zmian przystosowawczych, które nie mogły być uwzględnione w procesie ewolucji. Proponuję więc tutaj hipotezę, iż posiadamy naturalny mechanizm pozwalający na wprowadzanie drobnych poprawek w naszym funkcjonowaniu na wypadek nagłej zmiany środowiska, która mogłaby na nas wpłynąć niekorzystnie. Jest nawet pewien dowód eksperymentalny, który w pewnym sensie potwierdza taką hipotezę. Niestety nie pamiętam jego autorów, ale po krótce go opiszę. Do urządzenia zwanego elektroencefalografem (mierzącego aktywność elektryczną mózgu) podłączono zawodowego biegacza i poproszono go o wyobrażenie sobie biegu łącznie z sygnałem startowym. Jak się okazało – mózg wykazywał identyczną aktywność jak podczas prawdziwego biegu. Pomimo, że biegacz siedział spokojnie na krześle, jego mięśnie były pobudzane przez mózg, choć nie w takim samym stopniu jak podczas normalnego biegu. Badacze stwierdzili jednak, że już samo myślenie o wysiłku fizycznym sprawia, iż nasz organizm pobudza mięśnie do działania. Jeśli można więc oszukać mózg w kwestii wysiłku fizycznego, to wydaje się być bardzo prawdopodobnym, iż można ekstrapolować takie działanie na inne płaszczyzny.

Intuicja podpowiada mi, iż taka autoafirmacja jest także ściśle powiązana z racjonalizacją pewnych wydarzeń. Przykładowo, osoby wierzące aby złagodzić ból po śmierci bliskiej osoby tłumaczą sobie, że przeniosła się ona do innego, lepszego świata. Racjonalizują, iż nielogiczne i zarazem egoistyczne jest opłakiwanie takiej osoby, bo skoro zależy nam na jej dobrze, to powinniśmy się pogodzić z tym, że znalazła się w raju i wszystkiego ma pod dostatkiem. Nie jest to oczywiście panaceum, które działa natychmiast w każdej możliwej sytuacji. Jestem jednak gotowy zaryzykować stwierdzenie, że z punktu widzenia psychologii taka autoafirmacja ułatwia pogodzenie się z traumatycznymi wydarzeniami i powrót do normalnego życia.

     Czy sprowadzając wiarę w bóstwa do takiego punktu można stwierdzić, iż jest ona niezbędna? W końcu zgodnie z tą hipotezą jej korzyści są olbrzymie… Chciałbym jednak zauważyć, że nieświadome stosowanie takich mechanizmów może przynosić różne skutki – raz lepsze, raz gorsze. Jeśli jednak poznamy naturę metod samokontroli i autoafirmacji to będziemy w stanie je wykorzystywać skuteczniej. Jeśli hipoteza ta jest słuszna, to wiara w zjawiska nadnaturalne miała ogromne znaczenie dla naszego rozwoju, jednak nasz rozwój to proces, który nie dąży do określonego celu. Dziś nasze postrzeganie świata znacznie różni się od wierzeń starożytnych cywilizacji. Opracowaliśmy narzędzia pozwalające na przyjrzenie się zjawiskom o których mogliśmy jeszcze nie tak dawno tylko fantazjować. Wiemy także, że w każdym z nas istnieje olbrzymi potencjał, który wystarczy tylko wydobyć. Talent i umiejętności w jakiejś dziedzinie nie zależą od łaski zesłanej przez jakąś mistyczną siłę. Większość z nas ma przed sobą takie same możliwości w dniu narodzin. To czym się różnimy to chęci i wytrwałość. Wystarczy więc uwierzyć w siebie i w przychylność swoich ‘wewnętrznych bogów’, a wtedy zaczniemy świadomie kształtować własne życie…

The best things…

Oszukać naturę

     To zabawne, że człowiek, którego zmysły wykształciły się w taki sposób aby sprawnie poruszać się po naszej planecie zaczął te same zmysły wykorzystywać do poznawania samego siebie. Przy poznawaniu ich mechanizmu dostrzegł, że nawet poznawanie mechanizmu jest w ten mechanizm wpisane. Co więcej, że ten rekursywny mechanizm samoświadomości pędzi na oślep w drodze ku przetrwaniu i nie ma żadnego zamierzonego celu do osiągnięcia. Po prostu nabiera kształtu fal po których płynie, aby zapewnić sobie spokojny dryft na oceanie czasu.
     Nauka bada relacje zachodzące we Wszechświecie. Fakty o nim z naszego, ludzkiego punktu widzenia. Nie są to fakty z pozycji świata neutrino, czy fakty z pozycji świata galaktyki. To fakty makroświata o mikroświecie i o kosmosie. Same w sobie nie mają one żadnej wartości – są obiektywną strukturą wiedzy. Posiadając te informacje jesteśmy je jednak w stanie wykorzystać do wpływania na rzeczywistość. Dzięki nauce, postępowi i technologii zapewniamy sobie spokojną przyszłość – spokojny dzień, kolejną godzinę, a nawet kolejną minutę. Skąd jednak ta chęć do komfortu i poczucia bezpieczeństwa ?
     Jesteśmy integralną częścią świata zwierząt i poczucie komfortu nie rozwinęło się u nas abyśmy mogli odczuwać przyjemność. Środek polany w nocy dla zwierzęcia nie jest bezpiecznym schronieniem na czas snu. Może ono zostać łatwo zaatakowane przez drapieżnika i zginąć. Dobór naturalny wypracował więc instynkt samozachowawczy, który pozwala na odnajdywanie bezpiecznych kryjówek. Poczucie bezpieczeństwa, komfortu i przyjemności to stan umysłu, który jest implikacją tego pierwotnego instynktu. Jak już jednak wspomniałem – nasz rozwój zmierza w nieznane i nie jest świadom przyszłych implikacji płynących ze zmian. Nie ma tutaj możliwości planowego konstruowania złożonej struktury z użyciem planu. Struktura ta realizuje się poprzez szereg następujących po sobie drobnych usprawnień i jest bardzo prawdopodobne, że może kiedyś się zawalić jak domek z kart. Konstrukcja z kart nie rozpada się od razu, nawet jeśli jej elementy nie są precyzyjnie ułożone. Dopiero któraś z kolejnych kart może zaburzyć balans. Nie tylko jej ułożenie jest jednak przyczyną zniszczenia całej konstrukcji, ale często także drobne błędy w ułożeniu innych kart. Dobór naturalny nie stwarza idealnych organizmów – stwarza najlepiej przystosowane.      Co by się jednak stało, gdyby rzeczywistość do której organizm był przystosowany przez wiele setek, tysięcy, a nawet milionów lat, nagle się zmieniła?

     Tworzymy wielkie budowle, zmieniamy krajobraz i potrafimy opanować środowisko w jakim żyjemy. Nasze pierwotne potrzeby są zaspokajane. Oczywiście nie wszędzie – równy podział zasobów sprawiłby, że wszyscy mieliby takie same możliwości i mogli odczuwać ten sam komfort. Problemem stałoby się to, że wszyscy musieliby mieć ograniczony komfort kiepskiej jakości. Większość ludzi woli jednak czerpać przyjemność z dostatku wody, warzyw, mięsa, roślinności, wygodnych foteli, telewizorów, czy ogrzewania w pokoju. Czujemy się źle z powodu biedy w krajach trzeciego świata, jednocześnie pożerając ich zasoby, nieustannie zmniejszając ich szansę na przetrwanie. Ten instynkt nigdy w człowieku nie zginie. Instynkt przetrwania – instynkt poczucia komfortu. W końcu im lepiej i wygodniej się nam żyje, tym mamy większe szanse na przetrwanie.
Czy jednak ten mechanizm potrzebował kiedykolwiek jakiegoś limitu? Czy istnieje limit komfortu? Stado żyjące w lesie nigdy nie może czuć się bezpieczne w stu procentach. Jego potrzeba zapewnienia sobie bezpieczeństwa musi wzrastać nieustannie, gdyż drapieżnik także szkoli się w swoim fachu i tylko najsprytniejsze bestie będą w stanie upolować obiad. Nie było więc nigdy korzystne aby ten mechanizm wyłączył się całkowicie. Działa on dalej, lecz w zmodyfikowanych warunkach.

     Podnosimy więc nieustannie komfort, a wraz z nim zaspokajamy sztucznie swoje potrzeby. Potrzeba bezpieczeństwa stała się także potrzebą posiadania wygodnego łóżka, telewizji, komputera, czy wygodnego samochodu. Potrzeba ta jednak nadal wzrasta – już nie wystarcza telewizja analogowa, teraz czas na cyfrową, w wysokiej rozdzielczości. Nie wystarcza już siennik, czy materac – potrzebne jest wygodne łóżko. Nie wystarcza już zabawa w Indian i kowboi, gdzie wyobraźnia odtwarza fikcyjną rzeczywistość Dzikiego Zachodu. Tworzymy wirtualne światy, w których nie trzeba sobie niczego wyobrażać, bo wszystko można zobaczyć na własne oczy. Rzeczywistość wirtualna gier komputerowych staje się coraz bardziej zbliżona do rzeczywistości naturalnej. Ciągle jednak potrafimy rozróżniać te dwa światy, ale czy będzie tak zawsze?

Obecnie światy wirtualne nie są doskonałe. Nie tylko z uwagi na niedokładne odwzorowanie rzeczywistości, ale także z uwagi na to, że odbierać je możemy jedynie ze pomocą zmysłów – są czymś zewnętrznym, a mimo to nasz mózg uczy się ich kontroli. Obserwuje ekran i jego elementy ucząc się interakcji za pomocą klawiszy komputera, myszki, czy wirtualnych rękawic. Mózg uczy się poruszania w nowej rzeczywistości. Jeśli jednak odwrócimy wzrok, natychmiast orientujemy się, że to tylko fikcja.
Co by się jednak stało, gdybyśmy poszli nieco dalej? Co gdyby bodźce przekazywać bezpośrednio do odpowiednich obszarów mózgu, czyli bezpośrednio emulować rzeczywistość wirtualną w naszym umyśle? Brzmi to bardzo kusząco z uwagi na olbrzymi realizm prowadzenia takiej rozgrywki. Problemem jest tylko to, że wtedy nasz mózg byłby przekonany, iż rzeczywistość wirtualna jest tak samo realna jak środowisko w którym żyjemy. Ale przecież ciągle wiedzielibyśmy, że to tylko symulacja, prawda?

     Wyobraźmy sobie, że stworzono takie urządzenie symulujące. Program wirtualnej rzeczywistości jest napisany tak, aby zaspokajać naszą potrzebę odczuwania przyjemności i komfortu. W końcu taki jest cel tworzenia gier komputerowych – czerpanie wrażeń i przyjemności. Jeśli do tej pory o czymś marzyłeś – w świecie wirtualnym możesz tego doświadczyć dokładnie w ten sam sposób jak w prawdziwym życiu. Początkowo próby takiego urządzenia byłyby kontrolowane i prowadzone bardzo ostrożnie, przez określony czas. Człowiek podłączony do takiego urządzenia stawałby się bogiem własnego świata, a jego przeżycia były by realne i objawiały się w reakcjach biochemicznych mózgu. Pokusa przebywania w takim świecie byłaby ogromna i nie wiązała by się właściwie z żadnymi ograniczeniami. W końcu już dzisiaj posiadamy aparaturę pozwalającą na podtrzymywanie życia osób w śpiączce przez wiele lat, dlaczego więc nie spędzić w takiej wirtualnej rzeczywistości dnia albo dwóch, czy nawet tygodnia… W końcu doświadczenia płynące z takiej symulacji byłyby dla nas tak samo realne jak prawdziwe życie. Na pewno znalazłyby się osoby, które nieufnie podchodziłyby do tego urządzenia po jego wyprodukowaniu, ale jeśli nie niesie to dla nas żadnego bezpośredniego zagrożenia to dlaczego nie spróbować? Ciągle rosnące potrzeby mogą być nieustannie zaspokajane poprzez aktualizację programu i zapewniają nowe, lepsze życie. Nie trudno wyobrazić sobie całe hale wypełnione ludźmi podłączonymi do elektronicznej aparatury która podtrzymuje ich życie i jednocześnie symuluje nowy lepszy świat, w którym mogą czuć się wiecznie szczęśliwi. Brzmi przerażająco? Sęk w tym, że nie. Każdy z nas chciałby się znaleźć w takim świecie i to jest problemem naszej natury. Nasze życie trwa od narodzin, aż do śmierci – dlaczego tego czasu nie wypełnić perfekcyjnym światem i wieczną przyjemnością? Jeśli wierzysz w życie wieczne – dlaczego masz doznawać przyjemności tylko w raju, skoro możesz i teraz? Przecież leżąc w bezruchu zbyt wiele nie zgrzeszysz. Czy ktokolwiek chciałby powrotu do świata pełnego problemów, smutku i cierpienia? W takiej symulacji nikt nie jest inwalidą, ślepym, czy głuchym. Nikt nie jest dyskryminowany, ani odrzucony. To stan wiecznego szczęścia, w którym możesz nawet odczuwać orgazm co kilka sekund. Niestety życie w takim świecie także prowadzi w końcu do śmierci, ale seks w nim nigdy nie prowadzi do rozmnażania się.

     Ludzie od zawsze powtarzają, że pragną w życiu być szczęśliwi. Dla wielu jednoznaczne jest to z posiadaniem wszystkiego pod dostatkiem i całkowity brak zmartwień. Takie szczęście jest nieosiągalne, bo potrzeby zawsze rosną. Jednak nawet jeśli taki stan można by uzyskać, jest on wewnętrzną pustką. Sztucznym zaspokojeniem potrzeb, które nie powstały po to aby być zawsze zaspokojone, ale aby pobudzać organizm do aktywności. To dzięki niezaspokojonym potrzebom, które często przeklinamy, z powodu których jesteśmy zrozpaczeni, czy zdenerwowani, jesteśmy wciąż żywi. To właśnie dzięki nim zdominowaliśmy nasz glob. Czy mogą one kiedyś doprowadzić nas do unicestwienia? Nie jest to wykluczone, ale nie jest także przesądzone. W końcu już sama świadomość takiej możliwości daje nam czas do namysłu i zabezpieczenia się przed naszą własną naturą…