Wczoraj zostałem ostro skrytykowany przez kierowcę autobusu za jazdę rowerem środkiem dwupasmowej jezdni (obydwa pasy prowadziły w tym samym kierunku) pomiędzy samochodami. Zdenerwowany kierowca postanowił mnie dogonić i dać mi nauczkę zajeżdżając drogę i próbując zepchnąć na krawężnik. Pomijając kwestie moralne – czy jego zbulwersowanie było w ogóle uzasadnione?
W artykule zatytułowanym „Przepuszczajmy jednoślady”, który ukazał się magazynie „Wysokie obroty” z lipca 2008 roku możemy zapoznać się z wypowiedzią podinspektora Krzysztofa Burdaka, szefa sekcji ruchu drogowego krakowskiej Komendy Miejskiej Policji:
[..] Motocykliści nie potrzebują do wyprzedzania całego wolnego pasa (zresztą podobnie jak auta). Przeciskając się środkiem pomiędzy stojącymi czy jadącymi autami, nie naruszają przepisów. Zgodnie z prawem „uczestnik ruchu może wyprzedzać prawą stroną, jeśli porusza się w terenie zabudowanym drogą o dwóch pasach w jednym kierunku, i poza miastem, jeśli jedzie drogą o trzech pasach w jednym kierunku”. Ten przepis dotyczy wszystkich pojazdów.[..]
Szymon Dziawer ze „Świata Motocykli” dodaje:
Wystarczy trochę dobrej woli, by kierowcy aut i motocykli żyli w zgodzie. W wielu krajach kierowcy wypracowali już pewne standardy zachowań. Na paryskim Boulevard Périphérique niepisaną zasadą jest to, że dwoma pasami -środkowym i lewym – auta jadą tak, by pomiędzy nimi zostało miejsce dla jednośladów. I to działa. [..] Doskonale byłoby przeszczepić to na nasz grunt, nawet w okrojonej formie.
Przeczytaj cały artykuł w serwisie „Wysokie obroty”
Lato to okres wzmożonego ruchu, w związku z czym poniżej prezentuję swoje krótkie refleksje na temat sytuacji na drogach. Starałem się aby przemyślenia te były w miarę obiektywne i mam nadzieję, że ktoś dzięki nim zwróci uwagę na coś, o czym może nigdy wcześniej nie pomyślał. Nie mam tutaj zamiaru rozwodzić się na temat błędów popełnianych przez użytkowników dróg, czy mieszać ich z błotem – moją intencją jest raczej zwrócenie uwagi na to, że zamiast ulegać emocjom i budować niepotrzebne antagonizmy lepiej jest żyć w symbiozie i dbać o bezpieczeństwo własne i innych.
Skąd ten brak życzliwości na drogach?
Jakie są jego prawdziwe przyczyny?
Do czego to prowadzi?
Podsumowanie:
Gdyby ludzie masowo zaczęli wybierać rower zamiast samochodu, doszłoby do załamania dzisiejszego modelu gospodarczego i społecznego. W kryzysie znalazłyby się fabryki samochodów, przemysł petrochemiczny i usługi motoryzacyjne – podstawowe dziś źródła zanieczyszczeń środowiska. Z drugiej strony karetki pogotowia i tramwaje nie musiałyby przedzierać się przez samochodowe korki na ulicach miast, zniknął smog, zmniejszył się hałas i niebezpieczeństwo wypadków. Kropla drąży skałę…
Rower wymaga obsługi, ale mechanik centrujący koło czy naprawiający przerzutkę nie potrzebuje wielu materiałów. Dzięki temu na tej usłudze zarabia człowiek, a nie anonimowy przemysł. Nie powstaje też wiele zanieczyszczeń. Podobnie jest z produkcją roweru. Tymczasem samochody są coraz częściej produkowane przez roboty, a naprawiane przy pomocy kosztownych materiałów i skomplikowanych urządzeń. Po kilkunastu latach samochód – produkt nieludzkiej technologii, marnotrawiącej nieodnawialne zasoby i energię – trafia na złom. Rower można używać znacznie dłużej. Rama wytrzymuje kilkadziesiąt lat. Recykling roweru jest znacznie prostszy, niż auta. Rowery składają się bowiem wyłącznie ze znormalizowanych części zamiennych.
Rower funkcjonuje w bardzo skromnym łańcuchu obiegu energii i surowców. Jest lekki i trwały, a jako paliwo wykorzystuje odnawialną energię, zawartą w pożywieniu rowerzysty. Przy tym niesłychanie powiększa możliwości człowieka – i to z punktu widzenia gospodarki zasobami za darmo. Do jazdy na rowerze potrzeba cztery razy mniej energii, niż do chodzenia pieszo. Dzięki temu rowerzysta bez zmęczenia może poruszać się cztery razy szybciej niż pieszy. W tym samym czasie może dotrzeć do punktów leżących na szesnaście razy większej powierzchni: całe miasto staje dla niego otworem. Nadal potrzebuje przy tym tyle samo przestrzeni, co pieszy i równie niewiele bardzo prostej i taniej infrastruktury.
Zwykły rower może ułatwiać życie na więcej sposobów, niż to się wydaje na pierwszy rzut oka. Używając odpowiedniej peleryny, nie tylko będziemy mogli jeździć bez względu na pogodę, ale wręcz w deszczu zmokniemy mniej, niż pieszo pod parasolem. Jeśli rower wyposażymy w kosz lub sakwy, to nie będziemy musieli taszczyć ciężkich zakupów. Jeśli wyposażymy go w przyczepę – bez większego wysiłku przewieziemy niewielką lodówkę. Trójkołowa rowerowa riksza to najprostsza, tania ciężarówka, która przewiezie nawet pół tony towaru.
Rower to także urządzenie do ćwiczeń gimnastycznych, ale na dobrą sprawę może też służyć jako mała elektrownia albo napędzać betoniarkę, żarna czy dźwig budowlany. Jest równie przydatny w technokratycznej metropolii Zachodu, jak i na zacofanej afrykańskiej wsi. W dodatku – odmiennie niż samochód – można go zapakować do tramwaju albo wziąć pod pachę.
Rower nie tylko daje większą wolność poruszania się. Otwiera człowieka na przyrodę. Inaczej, niż w samochodzie czy autobusie, jadąc rowerem bezpośrednio odczuwamy otaczające nas środowisko: powiew wiosny, upał lata, deszcz na twarzy czy świeży śnieg. Na rowerze w krótkim czasie możemy wynieść się z hałaśliwego i zanieczyszczonego śródmieścia poza miasto, gdzie widać ślady przyrody takiej, jaka była jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Wakacyjne wędrówki rowerowe umożliwiają pokonywanie dłuższych odległości, utrzymując nas jednocześnie w historycznej skali ludzkich podróży, całkiem różnej od pożerania kilometrów, proponowanego przez przemysł turystyczny. Po wakacjach rower może być znakomitą ilustracją lekcji fizyki – od maszyn prostych czy zasady zachowania energii do budowy prądnicy.
Dzisiejsze społeczeństwo jest oparte o samochód i związany z nim model rabunkowej gospodarki zasobami. Utopijna społeczność, posługująca się z własnego wyboru rowerem, jest wolna od konieczności zdobywania surowców na utrzymanie sztucznego poziomu życia, odgradzającego nas od natury. Społeczeństwo rowerowe jest lokalne, bo rowerem jest wszędzie blisko. Utopijne społeczeństwo rowerowe nie odrzuca samochodu, tylko masową motoryzację. Daje przy tym możliwość wyboru: rower, taksówki, tramwaje, wypożyczalnie samochodów, pociąg… Ogranicza też rolę i znaczenie anonimowego, scentralizowanego kapitału, bo rowery, inaczej niż auta, mogą powstawać równie dobrze dzięki zaawansowanym technologiom, jak i w najprostszym warsztacie. Takie społeczeństwo jest bardziej sprawiedliwe: rower jest podobnie dostępny dla bogatych, jak i biednych, a także daje samodzielność dzieciom i osobom starszym, a nawet niepełnosprawnym, bo przecież wózki inwalidzkie to także rodzaj roweru.

Dzisiaj społeczeństwo, które wybrało rower, to jeszcze alternatywa. Nawet w społeczeństwach tradycyjnie rowerowych – Danii, Holandii czy Niemczech – wciąż króluje samochód. Tymczasem każdy wybór, którego dokonujemy na wolnym rynku, to w ostatecznym rachunku zgoda na mniejsze lub większe niszczenie przyrody. Dlatego każdy wybór powinien być uważny. Czy rzeczywiście musimy mieszkać tak daleko, że dojazd do pracy umożliwia nam tylko samochód? Czy – mając samochód i używając go – nie stać nas na najprostszy czy używany rower? Czy wynajmując mieszkanie, myślimy o tym, jak będziemy dojeżdżać na uczelnię? Czy nasz styl życia i wymogi stawiane przez społeczeństwo – praca, pozycja zawodowa – rzeczywiście nie pozwalają nam korzystać z roweru zamiast samochodu?
Takie pytania pozwalają zacząć praktykę uważnego życia, albo, jak kto woli – bunt przeciwko systemowi, istniejącemu tylko dzięki naszej powszechnej nieuwadze. Ten system to gospodarka i społeczeństwo konsumpcyjne. System, w którym wybita szyba czy spalona i składowana w atmosferze tona węgla powodują wzrost Produktu Krajowego Brutto, jest chory. System, w którym większość rzeczy kupujemy po to, żeby je za chwilę wyrzucić, jest chory. System, w którym każda kaloria chleba naszego powszedniego wymaga zużycia nawet stu kalorii, aby zasypać ziemię nawozami, zaorać ją, składować ziarno, zakonserwować je chemią, opakować i przewieźć tysiące kilometrów – jest chory. System, w którym wolny rynek przepływu kapitału jest globalną komputerową grą bez wyłącznika – jest chory. Chory – ale porywający i wciągający.
Dlatego czasem może warto zacząć oddalać się na rowerze. Rower nie potrzebuje benzyny. Nie grozi mu inflacja czy wahania na giełdzie. Nie zależy od polityki rządu, upodobań wyborców, swojego czy obcego kapitału i podaży surowców na światowych rynkach. Nawet marchewkowo – gryczane paliwo do niego można wyhodować na własnej działce. Raz wyprodukowany, umyka statystykom i po prostu znika w tajemniczej czarnej dziurze niezależnej ekonomii naszych codziennych podróży.
Tekst pochodzi ze strony Miasta dla rowerów, a jego autorem jest Marcin Hyła – jeden z najbardziej znanych aktywistów na rzecz polityki zrównoważonego transportu miejskiego. Polecam zapoznanie się z treściami zawartymi na jego stronie internetowej.
- Publikacja Komisji Europejskiej pt. „Miasta rowerowe miastami przyszłości”
- Miasta dla rowerów
- Forum Rowerowe na MAX!
- Copenhagenize – Life in the World’s Cycling Capital
- Cycling – Transport for London
- Cycling in Netherlands
- Germany’s National Cycling Plan