blog music artwork youtube channel contact
kategorie aktywność fizyczna
filozofia i nauka
informatyka
sztuka i twórczość
wszystkie wpisy
linki wpisy w rss
komentarze w rss
wirtualna biblioteka zajawki droga
aikido
ostre koło



tagi

Medialny szum

KARTA ETYCZNA MEDIÓW

Dziennikarze, wydawcy, producenci i nadawcy szanując niezbywalne prawo człowieka do prawdy, kierując się zasadą dobra wspólnego, świadomi roli mediów w życiu człowieka i społeczeństwa obywatelskiego przyjmują tę Kartę oraz deklarują, że w swojej pracy kierować się będą następującymi zasadami:

Zasadą prawdy – co znaczy, że dziennikarze, wydawcy, producenci i nadawcy dokładają wszelkich starań, aby przekazywane informacje były zgodne z prawdą, sumiennie i bez zniekształceń relacjonują fakty w ich właściwym kontekście, a w razie rozpowszechnienia błędnej informacji niezwłocznie dokonują sprostowania

Zasadą obiektywizmu – co znaczy, że autor przedstawia rzeczywistość niezależnie od swoich poglądów, rzetelnie relacjonuje różne punkty widzenia.

Zasadą oddzielania informacji od komentarza – co znaczy, że wypowiedź ma umożliwiać odbiorcy odróżnianie faktów od opinii i poglądów.

Zasadą uczciwości – co znaczy działanie w zgodzie z własnym sumieniem i dobrem odbiorcy, nieuleganie wpływom, nieprzekupność, odmowę działania niezgodnego z przekonaniami.

Zasadą szacunku i tolerancji – czyli poszanowania ludzkiej godności, praw dóbr osobistych, a szczególnie prywatności i dobrego imienia.

Zasadą pierwszeństwa dobra odbiorcy – co znaczy, że podstawowe prawa czytelników, widzów, słuchaczy są nadrzędne wobec interesów redakcji, dziennikarzy, wydawców, producentów i nadawców.

Zasadą wolności i odpowiedzialności – co znaczy, że wolność mediów nakłada na dziennikarzy, wydawców, producentów, nadawców odpowiedzialność za treść i formę przekazu oraz wynikające z nich konsekwencje.

Sygnatariusze tej Karty powołują Radę, która strzec będzie powyższych zasad, publicznie orzekając w sprawach przestrzegania Karty i dokonując interpretacji jej zapisów. Sygnatariusze zobowiązują się również do upowszechnienia treści Karty, informacji o prawie składania skarg do Rady i niezwłocznego ogłaszania orzeczeń Rady.

Kartę Etyczną Mediów, opracowaną z inicjatywy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, podpisali w dniu 29 marca 1995 r. prezesi: Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczpospolitej Polskiej, Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, Syndykatu Dziennikarzy Polskich., Związku Zawodowego Dziennikarzy, Unii Wydawców Prasy, Telewizji Polskiej S.A., Telewizji Polsat, Stowarzyszenia Niezależnych Producentów Filmowych i Telewizyjnych, Polskiego Radia S.A., Stowarzyszenia Radia Publicznego w Polsce, Stowarzyszenia Polskiej Prywatnej Radiofonii, Związku Zawodowego Dziennikarzy Radia i Telewizji oraz krajowy duszpasterz środowisk twórczych, ks. Wiesław Niewęgłowski.

źródło: Rada Etyki Mediów

Mam wrażenie, że powyższe zapisy nijak mają się do rzeczywistości. Może jest to pogląd błędny, bo wysuwany z perspektywy osoby nie oglądającej telewizji na co dzień, jednak już sama kwestia emitowania reklam (jakichkolwiek) budzi spore wątpliwości. Czy reklamy nie prezentują fikcyjnych sytuacji, dalekich od prawdy, aby produkt lepiej się sprzedawał? Czy przedstawiają informacje o produkcie obiektywnie i uczciwie, oddzielając fakty od komentarza? I jak to wszystko ma się do odpowiedzialności?

Można wybronić się wskazując na różnicę pomiędzy reklamą, a programem informacyjnym oraz na kwestię utrzymania się stacji, jednak reklamodawcy inscenizują reklamy w taki sposób, aby różnice te były coraz mniejsze (np. udział aktorów udających ekspertów w danej dziedzinie, rekomendujących konkretny środek jako rozwiązanie wszystkich problemów). Poza tym, właściciel stacji nie może się zrzec odpowiedzialności za emitowane przez niego materiały, nawet jeśli robi to na zlecenie. W końcu nikt nie widzi nic zdrożnego w karaniu płatnych zabójców pomimo, że wykonują jedynie usługi na życzenie klienta. Może to bardzo skrajny przykład, ale warto mieć go na uwadze, gdyż przerzucanie odpowiedzialności jest jedną z bardziej powszechnych manipulacji („to nie moja wina, ja tylko wykonałem zlecenie – każdy musi z czegoś żyć”).

Kolejną kwestią jest sprzedawanie potrzeby i stylu życia, a nie samego produktu. Reklamy nie opierają się już na prezentowaniu cech, a próbują wzbudzać przede wszystkim pewne emocje oraz uświadamiać ludzi, jak bardzo potrzebują czegoś, o czym nigdy wcześniej nie słyszeli. Stwarza się więc fikcyjne problemy, których można uniknąć korzystając z danego produktu. Działanie takie wychodzi poza ramy bloku reklamowego i coraz częściej widzi się bohaterów jakiegoś serialu czy programu popijających napój konkretnej marki, używających sprzętu elektronicznego konkretnej firmy itd. Tego typu przekaz jest w szczególności adresowany do młodzieży i dzieci, co budzi jeszcze większe obawy, gdyż osoby nie mające pojęcia o tym co stoi za tymi niewinnymi scenami, są na niezwykle podatne na manipulacje.

Odkładając na bok temat reklam, wiele zarzucić można także programom informacyjnym. Prezentują one bowiem wyselekcjonowane materiały, których głównym kryterium wydają się być silne emocje – w szczególności te negatywne. Widz zapoznaje się więc jedynie z wycinkiem informacji, który może wpłynąć na jego postrzeganie świata – wzbudzać niesmak, strach, smutek i wreszcie agresję. Utwierdza się tym samym w przekonaniu, że otaczający świat jest czymś okropnym i w życiu chodzi jedynie o walkę służącą przetrwaniu. Dzięki temu usprawiedliwia jakoś swoje wybory życiowe przez które czuje się nieszczęśliwy tym, że tak naprawdę szczęście jest nieosiągalne, a wszystkiemu winien jest okrutny świat w jakim zdarzyło mu się żyć.

Wbrew pozorom są ludzie, którzy wychodzą z takiego założenia. Można powiedzieć, że sami są sobie winni, ale czy ktoś wysilił się aby pokazać im jakąś alternatywę? Wszędzie w środkach masowej komunikacji widzą dokładnie to samo – śmierć, zniszczenie, walka i strach. To nie jest pełny obraz naszego świata, w którym swoje miejsce zajmują też miłość, altruizm i współczucie. Jeśli ktoś nie potrafi panować nad swoimi emocjami i daje się ponieść wszechobecnej dezinformacji, wtedy emocje zaczynają panować nad nim. Są ludzie, którzy znają dokładnie mechanizmy kierowania się emocjami i potrafią je wykorzystać do manipulacji nieświadomym i niewykształconym odbiorcą. To nie żadna teoria spiskowa, a jedynie zwrócenie uwagi na to, że specjaliści do spraw reklamy i marketingu to osoby wykształcone w zakresie psychologii i ludzkich zachowań, opierające swoje działania na badaniach naukowców takich jak Skinner, Ekman, Zimbardo, Aronson, Milgram i innych. Wiedza ich jest jednak czysto praktyczna i nie zwracają uwagi na aspekt etyczny – w końcu reklama nie ma służyć odbiorcy i potencjalnemu konsumentowi, a interesowi firmy.

Nie chcę rozwodzić się tutaj zbyt szeroko nad problemem etyki w mediach i obecnej strukturze społecznej (choć mam w planach artykuł na ten temat), chciałbym jednak zwrócić uwagę na to, że środki masowego przekazu nie są tylko jakimś dodatkiem do życia – stały się jego integralną częścią i z uwagi na to, należy podchodzić do nich z wielką ostrożnością. Same w sobie nie są ani dobre, ani złe – wszystko zależy od ich wykorzystania. Jak wiemy, pomimo rozwoju naukowego i technicznego, ludzie nie zmienili się aż tak bardzo od czasów starożytności i zawsze znajdą się tacy, którzy będą chcieli zawojować świat i zrealizować swoje egoistyczne pragnienia wyrządzając szkodę innym i przy okazji sobie. Nie ma sposobu na to, aby wszyscy ludzie żyli ze sobą w zgodzie i pokoju, dlatego też racjonalnym podejściem jest patrzeć na świat przez własne oczy.

Jest to jednak możliwe tylko gdy dowiemy się czegoś na temat siebie i świata w jakim się znaleźliśmy, zamiast żyć jak zwierzęta popychane jedynie prostymi instynktami. Nie potrafimy w dalszym ciągu odpowiedzieć na pytanie kim jesteśmy, co powinno nas przestrzec przed zawierzaniem prawdom głoszonym wokoło w środkach masowego przekazu i stadnym życiem opierającym się na dogmatycznych prawach tradycji czy nawet wolności. Prawdziwa wolność przejawia się w umyśle, a nie czynnikach zewnętrznych. Bardziej wolnym będzie człowiek, który posiada mniej, gdyż własne zmartwienia są tym, co nas więzi, a nie ściany czy kraty. Zapewne nikt nie zaprzeczy, że każdy z nas dąży do szczęścia w swoim życiu, niewielu jednak zdaje sobie sprawę, że to szczęście jest już w nas. Ci, którzy obiecują jego nadejście, czy to w postaci lepszego świata, czy wspanialszych produktów, zazwyczaj nie mają na uwadze naszego dobra, a swoje własne.

Bertrand Russell – O wartości sceptycyzmu

Bertrand RussellChcę przedłożyć czytelnikowi do życzliwego rozważenia dok­trynę, która, jak się obawiam, może się wydać niesłychanie paradoksalna i wywrotowa. Według tej doktryny jest rzeczą nie­pożądaną wierzyć jakiemuś twierdzeniu, gdy nie ma żadnej pod­stawy do przypuszczenia, że jest ono prawdziwe. Muszę naturalnie przyznać, że gdyby takie mniemanie stało się powszechne, prze­istoczyłoby zupełnie nasze życie społeczne i nasz ustrój polityczny; ponieważ obydwa są idealne, musi to być policzone na jego nie­korzyść. Zdaję sobie również sprawę z czegoś o wiele ważniejszego, a mianowicie z tego, że wpływałoby ono na zmniejszanie się do­chodów wróżbitów, bookmakerów, biskupów i innych ludzi, żyją­cych z irracjonalnych nadziei tych, którzy nic nie uczynili, aby uzyskać szczęście na tym lub tamtym świecie. Mimo tych poważ­nych argumentów twierdzę, że mój paradoks może być udowod­niony, i spróbuję to wykazać.

Przede wszystkim pragnę się zastrzec przeciw posądzaniu mnie o zajmowanie krańcowego stanowiska. Jestem angielskim wigiem, maj ącym angielskie zamiłowanie do kompromisu i1 umiarkowania. O Pirronie, twórcy pirronizmu (tak się nazywał dawniej scepty­cyzm), opowiadają następującą historię. Utrzymywał on. że zaw­sze wiemy za mało, aby mieć pewność, że jedna droga działania jest lepsza od drugiej. Będąc jeszcze młodzieńcem, wybrał się pewnego popołudnia na zwykłą przechadzkę dla zdrowia i zauwa­żył, że nauczyciel filozofii (od którego przejął swoje zasady) wpadł głową na dół do błotnistego rowu i nie mógł się z niego wydostać. Pirron przyglądał mu się przez pewien czas, po czym poszedł dalej, utrzymując, że nie ma dostatecznego powodu do sądzenia, że uczyniłby coś dobrego wyciągając starca. Inni mniej sceptyczni ludzie przyszli na ratunek i zganili Pirrona za jego brak serca. Ale jego nauczyciel, wierny swoim zasadom, pochwalił go za konsekwencje. Otóż nie jestem zwolennikiem takiego boha­terskiego sceptycyzmu. Gotów jestem uznać, w praktyce, jeśli nie w teorii, zwykle sądy oparte na zdrowym rozsądku. Gotów jestem uznać każdy ustalony wynik wiedzy nie za całkowicie prawdziwy, lecz za dostatecznie prawdopodobny, aby go przyjąć za podstawę, rozumnego działania. Gdy oznajmiają, że tego a tego dnia ma nastąpić zaćmienie księżyca, sądzę, że warto popatrzyć, czy będzie ono miało miejsce. Pirron byłby innego zdania. Na tej zasadzie mam prawo uważać, że zalecam pośrednie stanowisko.

Istnieją sprawy, w których ludzie zajmujący się ich badaniem zgadzają się ze sobą; za ilustrację mogą posłużyć daty zaćmień. Istnieją też inne sprawy, w których eksperci się nie zgadzają. Nawet gdy wszyscy eksperci zgadzają się ze sobą, mogą dosko­nale być w błędzie. Pogląd Einsteina na wielkość załamania świa­tła pod wpływem grawitacji byłby dwadzieścia lat temu odrzuco­ny przez wszystkich ekspertów, a jednak okazał się słuszny. Nie­mniej jednak opinia ekspertów, gdy jest jednogłośna, powinna być przyjęta przez laików jako bardziej prawdopodobna od opinii przeciwnej. Sceptycyzm, który głoszę, sprowadza się tylko do tego, że: 1) gdy eksperci zgadzają się ze sobą, przeciwna opinia nie może być uważana za pewną, 2) gdy eksperci nie mogą dojść do zgody, laik nie może uznawać żadnej opinii za pewną, i 3) gdy wszyscy eksperci sądzą, że nie ma dostatecznej podstawy do po­wzięcia określonej opinii, zwykły człowiek zrobi dobrze, jeśli zaczeka z wydaniem sądu.

Twierdzenia te mogą się wydawać umiarkowane, gdyby jednak zostały przyjęte, zrewolucjonizowałyby cale życie ludzkie.

Każdy pogląd, w imię którego ludzie gotowi są walczyć i prze­śladować, zalicza się do jednej z łych trzech klas odrzucanych przez sceptycyzm. Gdy istnieją jakieś racjonalne powody do pew­nej opinii, ludzie zadowalają się podaniem ich i czekają, aby zaczęły działać. W podobnych wypadkach ludzie nie wyznają swoich poglądów namiętnie, lecz spokojnie, i podają swoje racje na chłodno. Poglądy wyznawane namiętnie są to zawsze poglądy, do których nie ma żadnego słusznego powodu; w samej rzeczy na­miętność jest miarą braku racjonalnego przekonania u danego wyznawcy. Opinie polityczne i religijne są niema! zawsze wyzna­wane namiętnie. Poza Chinami człowiek nie mający zdecydowa­nych poglądów w takich sprawach jest uważany za nędzną krea­turę; ludzie nienawidzą sceptyków daleko więcej niż namiętnych obrońców wrogich zapatrywań. Sądzi się, że względy praktyczne wymagają skrystalizowanych opinii w tych sprawach i że gdy­byśmy bardziej rządzili się rozumem, życie społeczne byłoby nie­możliwe. Jestem przeświadczony o czymś wręcz przeciwnym i spró­buję wyjaśnić, czemu mam to przekonanie.

Weźmy kwestię bezrobocia w okresie po 1920 r. Jedna partia utrzymywała, że było ono wynikiem niegodziwości związków za­wodowych, druga zaś — że powodem jego był zamęt, panujący na kontynencie. Trzecia partia przyznawała, że przyczyny te od­grywały pewną rolę, lecz przypisywała większość trudności poli­tyce Banku Angielskiego, starającego się zwiększyć wartość funta szterlinga. Do trzeciej partii, jak dają mi do zrozumienia, należała większość ekspertów i nikt więcej. Politycy nie znajdują nic in­teresującego w poglądzie, który nie nadaje się do partyjnej dekla­macji, a zwykli śmiertelnicy wolą poglądy przypisujące nieszczę­ście intrygom ich wrogów. Wskutek lego ludzie walczą o wydanie lub obalenie zupełnie nie odnoszących się do danej sprawy zarzą­dzeń, a natomiast nieliczne jednostki, mające racjonalne poglądy, nie znajdują posłuchu, ponieważ nie schlebiają niczyim namiętno­ściom. Aby znaleźć stronników, trzeba by było przekonać łudzi, że Bank Angielski jest niegodziwy. Aby nawrócić robotników, ko­nieczne byłoby wykazać im, że dyrektorzy Banku Angielskiego są wrogami trade-unionizmu; aby nawrócić biskupa Londynu, trzeba by było udowodnić, że dyrektorzy ci są „niemoralni” Sądzono by wówczas, że wskutek tego poglądy ich na obieg pieniędzy muszą być mylne.

Weźmy inny przykład. Powiadają często, że socjalizm sprzeci­wia się naturze ludzkiej, socjaliści zaś przeczą temu twierdzeniu z tym samym zapałem, z jakim je podtrzymują ich przeciwnicy. Nieodżałowanej pamięci dr Rivers roztrząsał to zagadnienie w swoim wykładzie uniwersyteckim ogłoszonym w pośmiert­nej książce pt. Psychology and Politics (Psychologia a polityka). Jest to jedyny znany mi rozbiór tematu, który może rościć so­bie prawo do naukowości. Podaje on pewne dane antropolo­giczne, które wskazują, że w Melanezji socjalizm nie sprzeciwia się ludzkiej naturze; zwraca uwagę, że nie wiemy, czy natura ludzka jest taka sama w Melanezji, jak w Europie; i dochodzi do. wniosku, że jedynym sposobem przekonania się, czy socjalizm jest sprzeczny z naturą Europejczyka, jest jego wypróbowanie. Jest interesującą rzeczą, że na podstawie tej konkluzji dr Rivers gotów był kandydować do parlamentu z ramienia Partii Pracy. Nie podsyciłby jednak z pewnością uniesień i namiętności, towa­rzyszących zazwyczaj polemikom politycznym.

Odważę się teraz na poruszenie tematu, który ludziom trudniej jeszcze omawiać beznamiętnie, a mianowicie zwyczajów dotyczą­cych małżeństwa. Przeważająca większość ludności każdego kraju przekonana jest, że wszelkie obyczaje małżeńskie poza ich włas­nymi są niemoralne i że ci, którzy zwalczają ten pogląd, czynią to jedynie w celu usprawiedliwienia własnego rozwiązłego życia. W Indiach powtórne zamążpójście wdowy jest tradycyjnie uwa­żane za niebywałą okropność. W krajach katolickich rozwód uwa­ża się za coś bardzo występnego, lecz drobne niewierności mał­żeńskie są tolerowane, przynajmniej jeśli chodzi o mężczyzn. W Ameryce rozwód jest łatwy, lecz stosunki pozamałżeńskie spotykają się z najsurowszym potępieniem. Mahometanie są zwo­lennikami poligamii, którą my uważamy za rzecz poniżającą. Wszystkie te niezgodne ze sobą poglądy wyznawane są z niesły­chaną gwałtownością, a ci, którzy się do nich nie stosują, są okrutnie prześladowani. Żaden jednak mieszkaniec któregokolwiek z tych krajów nie czyni najlżejszej, próby, aby wykazać, że oby­czaje jego własnego kraju bardziej przyczyniają się do ludzkiego szczęścia niż obyczaje innych krajów.

Gdy otwieramy jakąś rozprawę naukową na ten temat, jak np. History of Human Marriage (Historia małżeństwa) Westermacka, znajdujemy coś bardzo różnego od ogólnie przyjętych przesądów. Dowiadujemy się, że istniały wszelkiego rodzaju oby­czaje, a wiele z nich można by uważać za sprzeczne z naturą ludz­ką. Sądzimy, że jesteśmy w stanie zrozumieć poligamię jako zwy­czaj narzucony kobietom przez męskich ciemięzców. Co jednak mamy powiedzieć o tybetańskim zwyczaju, w myśl którego jedna kobieta posiada kilku mężów? Jednakże podróżnicy wracający z Tybetu zapewniają nas, ze życie rodzinne jest tam przynajmniej równie harmonijne, jak w Europie. Podobna lektura musi prędko doprowadzić każdą bezstronną osobę do zupełnego sceptycyzmu; ponieważ nie ma. jak się zdaje, danych, które by pozwoliły nam orzec, że jedna forma małżeństwa jest lepsza lub gorsza od innej. Niemal wszystkie te formy pociągają za sobą okrucieństwo i nie­tolerancję wobec ludzi wykraczających przeciw miejscowemu kodeksowi. lecz poza tym nie mają ze sobą nic wspólnego. Grzech jest widocznie zjawiskiem geograficznym. Od tego wniosku jeden już tylko krok do dalszego wniosku, że pojęcie „grzechu” jest złudzeniem i że okrucieństwo, przejawiające się w karach, jest zbyteczne. Właśnie ten wniosek jest bardzo niepożądany dla wie­lu umysłów, gdyż moraliści znajdują zadowolenie w popełnianiu okrucieństw z czystym sumieniem. Oto dlaczego wynaleźli oni piekło.

Nacjonalizm jest naturalnie jaskrawym przykładem gorącej wiary w wątpliwe rzeczy. Można, jak sądzę, śmiało powiedzieć, że każdy historyk, piszący teraz historię wojny światowej, musi wy­suwać twierdzenia, które podczas wojny zaprowadziłyby go do więzienia w każdym z krajów walczących po obu stronach frontu. Znowu z wyjątkiem Chin nie ma kraju, w którym ludzie tolero­waliby prawdę o sobie; w zwykłych czasach uważa się prawdę tyl­ko za niegrzeczność, lecz podczas wojny — za zbrodnię. Tworzy się sprzeczne systematy żarliwych wierzeń, których fałsz widoczny jest choćby z tego faktu, że wierzą w nie jedynie ci, którzy po­dzielają to samo uprzedzenie narodowe. Rozumowa jednak kry­tyka tych systematów wierzeń uważana jest za równie występną, jak dawniej rozumowe traktowanie religijnych dogmatów. Gdy żąda się od ludzi wyjaśnienia, dlaczego sceptycyzm w takich spra­wach ma być występny, odpowiadają jedynie, że mity pomagają wygrać wojnę, tak że naród rządzący się rozumem prędzej zostałby sam zabity, niż zabiłby wroga. Pogląd, że jest haniebną rzeczą ratować swoją skórę za pomocą oczerniania cudzoziemców na wiel­ką skalę, nie znalazł dotąd, o ile mi wiadomo, poparcia wśród zawodowych moralistów, z wyjątkiem kwakrów. Jeśli napomyka się o tym, że rozumny naród znalazłby sposób Uniknięcia wojen, słyszy się zwykle w odpowiedzi same wymysły.

Jakie byłyby skutki rozpowszechnienia się racjonalnego scepty­cyzmu? Źródłem czynów ludzkich są namiętności, które tworzą systemy towarzyszących im mitów. Psychoanalitycy badali prze­jawy tego procesu w wypadkach indywidualnych, u zdeklarowa­nych i nie/deklarowanych wariatów. Człowiek, który doznał ja­kiegoś upokorzenia, wyobraża sobie, że jest królem Anglii, i wy­najduje wszelkiego rodzaju pomysłowe wyjaśnienia faktu, że nie jest traktowany z szacunkiem, jakiego wymaga jego wysokie sta­nowisko. W tym wypadku otoczenie nie sympatyzuje z jego złu­dzeniem i dlatego zamyka go na cztery spusty. Jeśli jednak zamiast głosić tylko swoja własną wielkość, wystawia on wielkość swego narodu, klasy lub wyznania wiary pozyskuje zastępy stron­ników i staje się religijnym lub politycznym przywódcą, choćby jego poglądy wydawały się bezstronnej osobie tak samo niedo­rzeczne, jak majaczenia wariatów. W ten sposób powstaje zbio­rowy obłęd, który ma wielkie podobieństwo do obłędu jednostki. Każdemu wiadomo, że niebezpiecznie jest spierać się z szaleńcem uważającym się za króla Angli; ponieważ jednak jest on odosob­niony, można go pokonać. Gdy cały naród podziela pewne złu­dzenie, a pretensje jego są kwestionowane, wybucha on takim samym gniewem, jak poszczególny wariat, i nic prócz wojny nie może go zmusić do otrzeźwienia.

Sprawa roli. jaką odgrywają czynniki intelektualne w zacho­waniu człowieka, ujawnia wielką różnicę zdań między psycho­logami. Istnieją dwa zupełnie odrębne pytania: 1) w jakiej mie­rze wierzenia są przyczyną postępowania? 2) w jakim stopniu wierzenia oparte są lub mogą się opierać na logicznie wystarcza­jących dowodach? Rozważając oba te zagadnienia, psychologo­wie jednozgodnie udzielają znacznie mniej miejsca czynnikom intelektualnym, niż uczyniłby to zwykły człowiek, lecz ta ogólna zgoda nie wyklucza wielu zastrzeżeń. Zajmijmy się tymi dwoma pytaniami po kolei.

1) W jakiej mierze wierzenia są przyczyną postępowania? Nie roztrząsajmy tego pytania teoretycznie, lecz weźmy jeden dzień z życia zwykłego człowieka. Zaczyna on od tego, że wstaje z rana, prawdopodobnie z przyzwyczajenia, bez pośrednictwa jakiegokol­wiek wierzenia. Potem spożywa śniadanie, wsiada do pociągu, czy­ta gazetę i idzie do biura, wszystko z przyzwyczajenia. Nabył on te przyzwyczajenia w przeszłości, a w wyborze biura wierzenie odegrało już pewną rolę, Sądził on prawdopodobnie wówczas, że ofiarowane mu zajęcie było najlepszym, jakie mógł otrzymać. U większości ludzi wierzenie odgrywa pewną rolę w początko­wym wyborze zawodu, a przeto w dalszym wyniku we wszystkim, co ten wybór pociąga za sobą.

Jeśli ten człowiek jest podwładnym, to w biurze będzie on w dal­szym ciągu działać jedynie z przyzwyczajenia, bez udziału woli i bez wyraźnego pośrednictwa wierzenia. Można by sądzić, że dodając kolumny cyfr wierzy on w reguły arytmetyczne, którymi się posiłkuje. Byłoby to jednak błędem; reguły te są po prostu nawykiem, podobnie jak ruchy tenisisty. Człowiek ów nauczył się ich w młodości, nie z racji intelektualnej wiary w ich prawdzi­wość, lecz dla przypodobania sic nauczycielowi, lak samo jak pies uczy się siadać na tylnych łapach i prosić o pożywienie. Nie mó­wię, że całe wykształcenie zalicza się do tej kategorii, lecz należy tu z pewnością większa cześć nauki czytania, pisania i racho­wania.

Jeśli jednak przyjaciel nasz jest wspólnikiem lub dyrektorem, może być w ciągu swego urzędowania wezwany do powzięcia trudnych decyzji co do kierunku prowadzenia spraw. W decyzjach tych wierzenie będzie prawdopodobnie odgrywać pewną rolę. Są­dzi on, że niektóre rzeczy zdrożeją, a inne spadną w cenie, że ten a ten jest wypłacalny, a ten a ten znajduje się na skraju ban­kructwa. Na tych wierzeniach opierają się jego czyny. Właśnie dlatego, że powołuje się go do działania raczej na zasadzie wie­rzeń niż samych nawyków, uważany jest za ważniejszą osobę od zwykłego urzędnika i może zarabiać więcej pieniędzy — pod wa­runkiem, że jego wierzenia będą słuszne.

W jego życiu domowym znajdzie sic ten sam mniej więcej odsetek wypadków, w których wierzenie jest przyczyną działania. Normalnie na jego zachowanie się wobec żony i dzieci wpływać będzie nawyk lub instynkt zmodyfikowany przez przyzwyczajenie. W ważnych chwilach — gdy oświadcza się, wybiera szkołę dla syna lub zaczyna podejrzewać żonę o niewierność — nie może się kierować wyłącznie nawykiem. Oświadczając się, może po prostu iść za instynktem lub działać pod wpływem wierzenia, że dama jego serca jest bogata. Jeśli idzie za instynktem, wierzy niewątpliwie, że dama ta jest wcieleniem wszystkich cnót, i może mu się to wydać przyczyną jego postępku, w rzeczywistości jed­nak jest to tylko jednym ze skutków instynktu, który sam jeden jest wystarczającym wyjaśnieniem jego czynu. Przy wyborze szko­ły dla syna postępuje prawdopodobnie w podobny sposób, jak przy wydawaniu trudnych decyzji handlowych; tutaj wierzenie odgrywa zazwyczaj doniosłą rolę. Jeśli zyskuje dowody niewier­ności żony, zachowanie jego jest na ogół czysto instynktowne, lecz instynkt zaczyna działać dzięki wierzeniu, które jest pierwszą przyczyną wszystkiego, co potem następuje.

Tak więc chociaż wierzenia wpływają bezpośrednio na drobną tylko część naszych czynów, lecz postępki, na które mają wpływ, należą do najważniejszych i decydują w znacznej mierze o ogólnego przebiegu naszego życia. W szczególności związane są z wie­rzeniami nasze czyny religijne i polityczne.

2) Dochodzę teraz do naszego drugiego pytania, które rozpada się samo z kolei na dwa pytania: a) w jakiej mierze wierzenia są istotnie oparte na dowodach? b) jak dalece jest możliwe lub po­żądane, aby nimi były?

a) Stopień, w jakim wierzenia opierają się na dowodach, jest daleko mniejszy, niż przypuszczają ich wyznawcy. Weźmy postę­powanie najbardziej zbliżone do rozumowego typu: lokowanie pieniędzy przez bogatego finansistę. Spostrzeżecie nieraz, że po­glądy jego na (powiedzmy) kwestię zwyżki lub spadku francuskie­go franka zależą od jego sympatii politycznych, a jednak wyznaje je tak gorąco, że gotów jest w imię tych poglądów zaryzykować swoje pieniądze. Podczas bankructwa okazuje się często, że jakiś czynnik uczuciowy był pierwotną przyczyną ruiny. Opinie poli­tyczne bardzo rzadko opierają się na materiale dowodowym, chy­ba że mamy do czynienia z urzędnikami państwowymi, którym nie wolno ich wypowiadać. Istnieją naturalnie wyjątki. W rozpoczętym przed dwudziestu pięciu laty sporze na temat reformy celnej większość fabrykantów broniła projektu, który zwiększyłby ich dochody – wykazując, że opinie ich były rzeczywiście oparte na dowodach, jakkolwiek trudno byłoby się tego domyślić z ich prze­mówień. Zachodzi tutaj pewna komplikacja. Freudyści obeznajmili nas z „racjonalizowaniem”, tj. z procesem wyszukiwania rozumowego, jak nam się wydaje, uzasadnienia decyzji lub opi­nii. która w rzeczywistości jest całkowicie irracjonalna. Istnieje jednak, zwłaszcza w krajach anglosaskich, również i odwrotny proces, który można nazwać przybieraniem irracjonalnej posta­wy”. Przemyślny człowiek podsumowuje mniej lub więcej pod­świadomie pro i contra danej kwestii z egoistycznego punktu wi­dzenia. (Niesamolubnc względy rzadko wpływają na podświa­domość, chyba że chodzi o własne dzieci). Doszedłszy do stosownej egoistycznej decyzji przy pomocy podświadomości, czło­wiek ten w dalszym ciągu wynajduje lub przejmuje od innych serię górnolotnych frazesów, wykazujących jego niezmierne po­święcenie dla dobra publicznego. Każdy, kto wierzy, że te frazesy są wyrazem jego rzeczywistych motywów, musi uważać go za całkowicie niezdolnego do oceny materiału dowodowego, ponieważ działalność jego nie da w rezultacie rzekomego dobra publicznego. W tym wypadku człowiek wydaje się mniej rozumny, niż nim jest w istocie; a co jeszcze dziwniejsze, irracjonalna część jego umysłu jest świadoma, a racjonalna część – podświadoma. Ten właśnie rys charakteru pozwolił Anglikom i Amerykanom osiąg­nąć tak wielkie powodzenie.

Przemyślność — jeśli jest prawdziwa — wchodzi raczej w skład podświadomej niż świadomej części naszej istoty. Jest to, jak przypuszczam, główna cecha potrzebna do powodzenia w intere­sach. Z moralnego punktu widzenia jest to nader skromna zaleta, ponieważ łączy się zawsze z egoizmem; wystarcza jednak do po­wstrzymywania ludzi od najgorszych zbrodni. Gdyby Niemcy ją posiadali, nie zatapialiby z taką bezwzględnością okrętów za po­mocą łodzi podwodnych. Gdyby Francuzi ją posiadali, nie zacho­wywaliby się w ten sposób, jak to czynili w zagłębiu Ruhry. Gdyby Napoleon ją posiadał, zaniechałby wojen po zawarciu traktatu w Amiens. Można by wysunąć ogólną regułę, od której jest bardzo mało wyjątków, że gdy ludzie mylą się co do swoich interesów, to sposób postępowania, który uważają za rozumny, jest bardziej szkodliwy dla innych niż rzeczywiście rozsądne po­stępowanie. Dlatego wszystko, co daje ludziom lepsze pojęcie o własnych interesach, jest rzeczą dobrą. Mamy niezliczoną ilość przykładów dorabiania się majątku przez ludzi, którzy uczynili z moralnych pobudek coś, co uważali za niezgodne z ich intere­sem. Na przykład wśród pierwszych kwakrów znajdowała się pewna ilość sklepikarzy, którzy przyjęli zwyczaj naznaczania sta­łej ceny za towar, zamiast targowania się z każdym kllentem, jak to czynili inni. Przyjęli oni ten zwyczaj, ponieważ uważali, że kłamstwem jest żądać więcej, niż zgodziliby się wziąć. Było to jednak tak dogodne dla klientów, że wszyscy robili zakupy w ich sklepach i kwakrzy dorobili się w ten sposób majątku (nie pamię­tam, skąd mam tę wiadomość, lecz, jeśli mnie pamięć nie zawodzi, podało ją jakieś wiarogodne źródło). Ten sam sposób postępowania mógł być obrany z przemyślności, lecz faktem jest, że nikt inny nie był dostatecznie przemyślny. Nasza podświadomość jest bardziej nieżyczliwa, niż to się nam opłaca; dlatego ludzie, którzy rozmyśl­nie, z moralnych pobudek, czynią to, co uważają za sprzeczne z ich interesem, robią najdokładniej to, co w rzeczywistości leży w ich interesie. Tuż za nimi idą ludzie, którzy starają się zbadać ro­zumowo i świadomie, co leży w ich interesie, wyłączając, o ile to możliwe, wpływ namiętności. Dalej idą ludzie posiadający instynktowną przemyślność. Ostatnie miejsce zajmują ludzie, u których nieżyczliwość bierze górę nad przemyślnością, dzięki czemu dążą do ruiny innych w sposób prowadzący do ich włas­nego upadku. Ta ostatnia kategoria obejmuje 90% ludności Eu­ropy.

Może się wydawać, że oddaliłem się nieco od mego tematu, lecz było to niezbędne dla odróżnienia podświadomego rozumu, zwa­nego przemyślnością, od jego świadomej odmiany. Zwykłe metody wychowania nie mają, ściśle biorąc, żadnego wpływu na pod­świadomość, tak że przemyślności nie można uczyć za pomocą naszej dzisiejszej techniki. Nauczanie moralności, o ile nie ogra­nicza się ona wyłącznie do zwyczaju, również wydaje się niemo­żliwe przy metodach dzisiejszych; w każdym razie nigdy nie zau­ważyłem, aby częste napomnienia miały jakiś dobroczynny wpływ na tych, którzy muszą ich słuchać. Dlatego przy teraźniejszym sta­nie rzeczy wszelkie obmyślone z góry ulepszenie musi być osiągnięte na drodze intelektualnej. Nie umiemy uczyć łudzi przemyślności lub cnoty; lecz umiemy, w pewnej mierze, uczyć ich kierowania, się rozumem: trzeba tylko postępować zupełnie odwrotnie, niż to czynią władze szkolne. Być może nauczymy się w następstwie stwarzać cnotę za pomocą manipulacji z gruczołami dokrewnymi i pobudzania lub hamowania ich funkcji wydzielniczych. Na razie jednak łatwiej jest wytworzyć racjonalność niż cnotę — jeśli przez „racjonalność” rozumiemy naukową postawę umysłu w za­kresie przewidywania skutków naszych czynów.

b) Doprowadza to nas do pytania: w jakiej mierze czyny ludzi mogłyby lub powinny by być racjonalne. Zajmijmy się najpierw drugą częścią tego pytania. Zdaniem moim, istnieją bardzo okre­ślone granice, w których racjonalność powinna być zamknięta; wtargnięcie rozumu niszczy niektóre z najważniejszych dziedzin życia. Leibniz, będąc już w podeszłym wieku, napisał jednemu ze swoich korespondentów, że raz tylko w życiu zdobył się na oświadczyny; miał wtedy pięćdziesiąt lat, „Na szczęście — dodał — dama poprosiła, aby jej dać czas do namysłu. Dało mi to rów­nież czas do zastanowienia się i cofnąłem moją propozycję”. Po­stępowanie jego, było niewątpliwie racjonalne, ale nie mogę powiedzieć, abym się nim zachwycał.

Szekspir stawia w jednym rzędzie szaleńca, kochanka i poetę, jako żyjących całkowicie wyobraźnią. Zagadnienie polega na tym, jak pozbyć się szaleńca, zachowując kochanka i poetę. Zilu­struję to przykładem. W 1919 r. byłem na przedstawieniu Kobiet trojańskich w teatrze Old Vic. W sztuce tej jest niewypowie­dzianie patetyczna scena, w której Grecy skazują Astianaxa na śmierć z obawy, aby nie wyrósł na drugiego Hektora. Bodajże ani jedno oko nie pozostało suche i okrucieństwo Greków wydawało się słuchaczom prawie niewiarygodne. Jednakże ci sami ludzie, którzy wylewali łzy, dopuszczali się w tej samej chwili tego same­go okrucieństwa w skali, jakiej wyobraźnia Eurypidesa nigdy nie mogłaby przewidzieć. Większość z nich głosowała niedawno za rządem, który przedłużył blokadę Niemiec już po zawieszeniu broni i przeprowadził blokadę Rosji. Wiadomo było, że blokady te były przyczyną śmierci ogromnej liczby dzieci, lecz uważało się zmniejszenie ludności wrogich krajów za rzecz pożądaną: dzieci, podobnie jak Astianax, mogłyby wyrosnąć i prześcignąć swoich ojców. Poeta Eurypides rozbudził kochanka, istniejącego w wy­obraźni słuchacza; lecz kochanek i poeta nie wyszli za próg teatru i szaleniec (w postaci zbrodniczego maniaka) kierował czynami politycznymi tych mężczyzn i kobiet, którzy w przekonaniu swoim byli dobrzy i cnotliwi.

Czy możliwe jest zachowanie kochanka i poety po usunięciu szaleńca? W każdym z nas istnieją wszyscy trzej, jakkolwiek w rozmaitym stopniu. Czy są oni tak związani ze sobą, że gdy roz­ciąga się kontrolę nad jednym, pozostali muszą zginąć? Nie wie­rzę, aby tak było. Sądzę, że w każdym z nas jest pewien zapas energii, który musi znaleźć ujście w działalności nieumotywowanej rozumowo; może je znaleźć w sztuce, w namiętnej miłości lub namiętnej nienawiści, zależnie od warunków. Czcigodność, metodyczność i rutyna — cała, ta żelazna dyscyplina współczesnego uprzemysłowionego społeczeństwa — spowodowały zanik arty­stycznego impulsu i omotały miłość do tego stopnia, że nie może już ona być wspaniałomyślna, szczera i twórcza, lecz musi być albo zaborcza, albo ukradkowa. Poddano kontroli te właśnie rze­czy, których nie powinno, się krępować, a natomiast zazdrość, okrucieństwo i nienawiść pienią się bez przeszkody, z błogosławień­stwem całego niemal episkopatu. Zespół naszych instynktów dzieli się na dwie grupy: jedna dąży do przedłużenia własnego życia oraz życia potomków, druga — do utrudniania życia domniema­nym rywalom. W pierwszej grupie mieści się radość życia, miłość i sztuka, która, psychologicznie biorąc, jest odroślą miłości; w dru­giej — współzawodnictwo, patriotyzm i wojna. Konwencjonalna moralność czyni wszystko, co może, aby unicestwić pierwszą i po­przeć drugą. Prawdziwa moralność postępowałaby wprost prze­ciwnie. Stosunek nasz do tych, których kochamy, można śmiało pozostawić instynktowi; tym, co powinno być poddane kontroli rozumu, jest nasz stosunek do tych, których nienawidzimy. W no­woczesnym świecie przedmiotem naszej czynnej nienawiści są od­ległe grupy, zwłaszcza obce narody. Mamy o nich abstrakcyjne pojęcie i wmawiamy w siebie, że czyny będące w rzeczywistości przejawem nienawiści wypływają z umiłowania sprawiedliwości lub z jakiegoś równie wzniosłego motywu. Tylko duża doza scep­tycyzmu może rozedrzeć zasłonę, która kryje przed nami tę praw­dę. Po dokonaniu tego moglibyśmy rozpocząć tworzenie nowej moralności, opartej nie na zazdrości i ograniczeniach, lecz na pragnieniu pełniejszego życia i uświadomieniu sobie, że inne ludz­kie istoty są pomocą, a nie zawadą, z chwilą gdy wyleczyliśmy się z szału zazdrości. Nadzieja ta nie jest utopijna; ziściła się ona częściowo w elżbietańskiej Anglii. Mogłaby się ziścić jutro, gdyby ludzie nauczyli się mieć na celu raczej swoje własne szczęście niż niedolę bliźnich. Nie jest to zbyt surowa moralność, jednakże przyjęcie jej stworzyłoby nam raj na ziemi.

„Szkice sceptyczne” – Bertrand Russell, rozdz. I, s. 1-12, wyd. Książka i Wiedza, 1957 r.

Carl Sagan w Marijuana Reconsidered

Poniżej prezentuję tłumaczenie eseju znanego astrofizyka Carla Sagana, zawierającego przemyślenia na temat skutków działania marihuany. Esej został napisany w 1969 roku i opublikowany w Marihuana Reconsidered (1971). Carl Sagan miał wtedy 35 lat. Zażywał marihuanę do końca życia.

Autor poniższego tłumaczenia nie ponosi żadnej odpowiedzialności za treść artykułu ani poglądy w nim zawarte, które są osobistymi przemyśleniami Carla Sagana. Artykuł został przetłumaczony z uwagi na wartość historyczną. W tłumaczeniu wykorzystano tekst źródłowy pochodzący ze strony internetowej doktora psychiatrii Lestera Grinspoona, emerytowanego profesora Harvard Medical School, autora książki pt. „Marijuana Reconsidered”.

:: Pobierz plik PDF