Szary Człowiek zwykle nie wdaje się w spory z nauką i filozofią, przeciwnie, ma sporo zaufania do ich kompetencji i chętnie asymiluje teorie będące uściśleniem oraz rozszerzeniem swych spontanicznych przekonań, jeśli tylko nie napotyka trudności technicznych. Wbrew dość powszechnemu traktowaniu zdrowego rozsądku jako niewzruszonego bastionu, który opiera się (słusznie bądź niesłusznie) bardziej zaawansowanym formom poznania, myśl teoretyczna stale przenika do myśli codziennej i stale ją modyfikuje. Wierzymy dziś powszechnie w istnienie wirusów, plam na słońcu, kompleksów z dzieciństwa, hormonów i chlorofilu. Nikt nie byłby obecnie skłonny wyjaśniać działania pompy zasadą „natura nie znosi próżni”, wysyłać chorego psychicznie do egzorcysty, bronić się przed piorunami biciem w dzwony czy zaliczać fosforyzację do „cudów”. Współczesny Szary Człowiek – jak mu to nieraz wytykają przeciwnicy dyktatu nauki – dał się wręcz owładnąć „duchem scjentyzmu”: przywiązuje znacznie większą wagę do „szkiełka” niż do tego, co podsuwają mu zmysły i naturalne intuicje: powierza dzieci raczej psychologowi niż rodzinnemu patriarsze, prognozy pogody czerpie już nie z „ludowych mądrości”, lecz od meteorologa, a siebie samego uważa raczej za wybryk natury aniżeli za będącą jej koroną istotę z „duszą” oraz „sumieniem” i ogólnie biorąc oczekuje, że wszelkie nękające go problemy zostaną prędzej czy później rozwiązane przez „specjalistów”. Równie bezkonfliktowo przyswaja sobie koncepcje filozoficzne, nawet wtedy gdy są one zdecydowaną innowacją: materialistyczna interpretacja dziejów, odrzucenie esencjalizmu czy relatywizm w etyce Stały się chlebem powszednim.
Czy jednak wpływ nauki i filozofii na myślenie Szarego Człowieka, przemawiający przeciw ich fundamentalnej niezgodności, nie jest najczęściej powierzchowny, doraźny i wybiórczy? Zdroworozsądkowa asymilacja bywa zwykle pseudoasymilacją. Teorię Einsteina sprowadzono obiegowo do tezy „Czas jest względny” (tj. subiektywny; jednym „leci” szybciej, innym wolniej). Pospolita wersja psychoanalizy ogranicza się do dwóch maksym: „Wszystko jest seksem” oraz „Każdy ma kompleksy”, z których pierwsza nie różni się w swym faktycznym użyciu od tradycyjnego wyznania wiary w przemożną (lecz nie wiadomo, jak daleko sięgającą) siłę namiętności, druga zaś funkcjonuje w tych samych kontekstach, co ludowe spostrzeżenie: „każdy ma swego robaka”. Z teorii ewolucji zaadaptowaliśmy na co dzień tylko to, co zawsze stanowiło przedmiot popularnych sentencji: istotą życia jest walka i przetrwać w niej mogą wyłącznie najsilniejsi. Materialistyczne interpretowanie dziejów zostało potocznie zredukowane do zasady „Byt określa świadomość”, pojmowanej jako bliskoznacznik przysłowia „Głodnemu chleb na myśli”, do ogólnej idei historii jako serii konfliktów klasowych (gdzie przez „klasy” rozumie się po prostu podział na bogatych i biednych) oraz do pewnej podejrzliwości wobec moralistyki (w której zresztą od dawna upatrywaliśmy „spisku możnych tego świata”). Szczury behawiorystów dostarczyły Szaremu Człowiekowi kolejnego wsparcia na rzecz starego poglądu o wychowaniu za pomocą kija i marchewki. Jest charakterystyczne, że zdroworozsądkowa recepcja sięgając po teorie będące przełomem w nauce czy filozofii oczyszcza je starannie z elementów nowatorskich (jak np. mutacje w darwinizmie, seksualizm dziecięcy w psychoanalizie, wyeliminowanie „życia wewnętrznego” przez behawioryzm) i przekształca w niezobowiązujące, niewywrotne slogany, które wyjaśniają wszystko i nic jednocześnie. Niewykluczone, że ma rację Nagel – myślenie potoczne zadowala się jakimkolwiek pseudoprzekonaniem i zawsze powraca do właściwej mu, totalnej mętności.
Z drugiej strony istnieją teorie lub ich elementy, których Szary Człowiek wyraźnie nie asymiluje. Można wskazać wiele codziennych przeświadczeń całkowicie odpornych na akademickie orzeczenia. Wbrew wszelkim argumentom chemików, fizyków i biologów „kwasem” jest na co dzień każdy płyn o kwaśnym smaku, „owocem” – tylko ta część rośliny, którą da się spożyć na deser, „gazem” – niewidzialna substancja o specyficznym zapachu (co wyklucza np. „powietrze”), „robakiem” – każde niewielkie i szybko poruszające się stworzenie o „odrażającym” wyglądzie [..]
„Myślenie potoczne. Heterogeniczność zdrowego rozsądku” – Teresa Hołówka, s. 56-57, PIW, 1986 r.
Sceptyk to [..] ktoś, kto w punkcie wyjścia nie wie, czy istnieją niewątpliwe zasady, a więc tym bardziej nie może być przekonany, że do nich dojdzie [..] Jak słusznie pisze Adam Krokiewicz, „starożytni Grecy nazywali sceptykami filozofów, którzy głosili, że pilnie szukają prawdy, ponieważ jej jednak dotąd nie znaleźli ani o własnych siłach, ani też dzięki pouczeniom innych myślicieli, więc się wstrzymują od wydawania stanowczych (dogmatycznych) orzeczeń o rzeczywistości jako takiej” [..] Sceptycy są po prostu powściągliwi i jeśli kogoś mogą drażnić, to zapewne tych, którzy powściągliwi być nie chcą i spieszno im do wydawania kategorycznych orzeczeń. Festina lente! A może podejście sceptyków jest po prostu znacznie bardziej wymagające, ich stanowisko w kwestii pewności znacznie bardziej nieugięte, a intencje znacznie bardziej szczere, bo w punkcie wyjścia brak niecierpliwości, przesądów, które w toku dalszych rozważań pozwoliłyby na wnioski nazbyt posieszne i pochopne [..]
Sceptyk nie chce przekonywać do prawdy, lecz co najwyżej do powściągliwości i właśnie to najtrudniej mu się wybacza, a może i w ogóle mu się nie wybacza, robiąc z niego na siłę potwora filozofii. Lektury pism sceptycznych upewniają jednak, że demonizowanie sceptycyzmu jest tylko nerwową reakcją ludzi przeczulonych na punkcie filozofii, od której zapewne oczekują zbyt wiele, nie sprawdziwszy uprzednio, czy w ogóle oczekiwania takie mogą być zasadne. Sceptycyzm zwykle traktuje się jako wyraz klęski i to zapewne kolejny czynnik, który sprawia, że budzi on niechęć. Niemniej jednak każdy sąd obarczony emocjami czy wartościowaniem więcej chyba mówi o tym, kto go wydał, niż o naturze osądzanego zjawiska.
Niezadowolenie wobec sytuacji generowanych przez sceptycyzm wynika, jak sądzę, z wielowiekowego przyzwyczajenia do roszczeniowego charakteru filozofii – ma ona wyjaśniać, prowadzić ku prawdzie itp. Właśnie dlatego tak trudno pogodzić się z nierozstrzygalnością pewnych kwestii. I nawet jeśli sceptycyzm traktowany jest przychylnie, to jednak nie jest on widziany zbyt optymistycznie. U jego podstaw dostrzega się przekonanie o skończoności człowieka i jego poznawczej niezdolności. I to jest właśnie punkt, w którym sceptycyzm – jeśli ta jego ocena jest trafna – różni się zasadniczo od tak zbieżnej z nim w wielu punktach filozofii środkowej drogi. Albowiem krytyczna procedura środkowej drogi nie wyczerpuje się w samym odrzucaniu, choć na pierwszy rzut oka mogło tak wyglądać [..] Sceptyk milczy, bo nie wie; nie wyrokuje, bo nie wie, co wyrokować [..] Natomiast filozof wielkiej środkowej drogi nie wyrokuje, bo wie, że wyrokować nie ma sensu i że żadna wypowiedź nie okaże się prawdziwa [..] To znacznie więcej niż sceptycki spokój, choć po części droga do niego wygląda podobnie i jest nią odciążanie umysłu [..]
Przeciążony umysł klasycznej filozofii traktuje sceptycyzm jako swego rodzaju chorobę filozoficzną. Pamiętajmy jednak, że taka ocena wynika z przekonania, że owa klasyczna filozofia to okaz zdrowia, a to chyba jest przesadny optymizm. Czy psycholog uzna za zdrowego kogoś, kto przez całe życie nie był w stanie rozwiązać swych problemów? A przecież właśnie w historii filozofii „problemy przetrwały próby ich rozwiązania” [..]
Sceptycyzmowi i filozofii pustki jest [..] po drodze, choć tylko do pewnego momentu – do momentu rozpoznania utraty kompetencji filozofii [..] Po pierwsze dlatego, że dla niej jest to dopiero wstęp do nowego doświadczenia, a po drugie, od dwóch tysiącleci rozsmakowuje się w odrzucaniu poglądów filozoficznych. Europejska filozofia poszła w innym kierunku; przez wieki budowała diametralnie różne dyskursy.
„Buddyjska filozofia pustki” – Artur Przybysławski, rozdz. 4.2, Wyd. Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2009
dr Artur Przybysławski, urodzony w 1970 roku. Pracuje w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Łódzkiego i w Zakładzie Teorii i Historii Sztuki ASP w Łodzi, tłumacz (przekładał m.in. de Quincey’a, Lovejoya, de Mana), otrzymał wyróżnienie Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich; stypendysta Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej.
Większość palaczy zrywa z nałogiem bez pomocy nikotynowej terapii zastępczej i innych metod wspomagających – wynika z analizy, o której poinformowało pismo „PLoS Medicine” [..] Autorzy pracy krytykują główny przekaz kampanii antynikotynowych sponsorowanych przez firmy farmaceutyczne, które podkreślają, że poważne próby zerwania z paleniem wymagają skorzystania z farmakologicznej lub profesjonalnej pomocy. [..] Większość palaczy, która skutecznie zerwała z nałogiem zrobiła to natychmiast, bądź metodą stopniowej redukcji liczby wypalanych papierosów [..] Ostatnia analiza dotycząca nikotynowej terapii zastępczej wykazała, że aż 51 proc. testów opłacanych przez firmy dowodzi jej pozytywnego wpływu, podczas gdy wśród testów niezależnych – tylko 22 proc. Australijscy badacze uważają, że w środkach masowego przekazu powinna zostać przywrócona równowaga w zakresie informacji na temat skutecznych sposobów zrywania z nałogiem palenia. / PAP Nauka w Polsce
Wyniki badań nie wydają się zaskakujące. Wydaje mi się także (co jest zwykłą spekulacją), że osoby korzystające z wszelkiego rodzaju terapii zastępczych (głównie plastrów, gum itp.) mają większą szansę na ponowne wejście w nałóg z uwagi na to, że zwalczają one przede wszystkim uzależnienie fizyczne, nie zwracając zupełnie uwagi na aspekt psychiczny. Rozbawiła mnie ostatnio reklama, w której stwierdza się, że do rzucenia palenia „silna wola nie wystarczy”. Jeśli ktoś posiada silną wolę, to jest jasne, że da sobie radę, a jeśli nie uwolni się od uzależnienia, oznaczać to będzie, że wolę ma raczej wątłą. Łatwo zauważyć, że to zwykła gra słów, ale biorąc pod uwagę różne predyspozycje mentalne ludzi, ktoś mógłby zakodować sobie informację o tym, że nawet jeśli zdecyduje się na samodyscyplinę, to jest z góry skazany na porażkę. Biorąc pod uwagę, że taka samodyscyplina to nic innego jak panowanie nad własnym umysłem i potrzebami, pozytywne nastawienie i dobra motywacja są czynnikami najważniejszymi i jeśli ich zabraknie, człowiek łatwo pogrążyć się może w samospełniającym się proroctwie. O spadek motywacji nie jest tutaj trudno, bo uzależnienie od nikotyny – zarówno psychiczne jak i fizyczne, jest uzależnieniem bardzo silnym.
Sam w przeszłości przez bardzo długi czas paliłem i ostatecznie rzucając nałóg targały mną niesamowite emocje (które notabene doprowadziły nawet do uszkodzenia sprzętu AGD i przy okazji własnej stopy). Udało mi się (w moim odczuciu, bo ciężko tutaj o obiektywne kryterium) głównie dlatego, że miałem świadomość iż te emocje są skutkiem uzależnienia, trzeba to jakoś przeboleć, a po jakimś czasie będzie lepiej. Patrząc z obecnej perspektywy, mam silną awersję do tej używki właśnie z uwagi na to, że wiem jak bardzo substancja ta jest w stanie przejąć kontrolę nad organizmem. Stwierdzenie to może się wydać śmieszne, ale przypomina mi ona formę wirusa, który przejmuje w pewnym sensie kontrolę nad ludzką wolą (ileż to razy palacze są w stanie porzucić aktualne obowiązki, aby rozejrzeć się nerwowo za papierosem i po chwili odczuć przyjemną ulgę przy zaciągnięciu się nim). Oczywiście tak silny wpływ na psychikę odbija się również na zdolności koncentracji (jak tu usiedzieć dwie godziny nad książką, skoro po kilkudziesięciu minutach odzywa się w głowie lampka „zapal papierosa!”).
Podsumowując, w moim osobistym odczuciu warto jest ćwiczyć swój umysł, bo tak jak i ciało wymaga gimnastyki, aby zachować sprawność. Czasami uciekanie się do zewnętrznych wspomagaczy może być jedynym rozwiązaniem, ale nie zawsze tak jest. Lenistwo umysłowe niesie za sobą dużo gorsze skutki niż brak sprawności fizycznej, gdyż odbija się na koncentracji i decyzjach jakie podejmujemy w życiu, a to od nich zależy przecież jakość naszego życia.